Co sprawia, że serial Love jest najlepszy?

Co sprawia, że serial Love jest najlepszy?

Chciałabym powiedzieć, że to Dawid Podsiadło polecił mi serial Love, ale tak naprawdę to stalkuję go na instagramie i on całemu światu o tym serialu opowiedział. 

Co takiego ma w sobie serial Love?

Gus i Mickey to połączenie dwóch skrajności. Gus to facet który ma problem  z tym, że chce uszczęśliwić cały świat, Mickey zaś pije wódę w opór i rozwala ludziom wszystkie imprezy. Oboje nie mają szczęścia w miłości, dopóki nie spotykają się przypadkiem na stacji benzynowej.

On wygląda jak król nerdów, ona jako strój wieczorowy wybiera strój kąpielowy.

Dlaczego więc to ma się w ogóle udać?

Autentyczność tych postaci aż razi w oczy. To nie jest  smutny serial o problemach.  To petarda miłości! 

Love jest o nas

Jesteśmy pokoleniem milenialsów. Lubimy freelancerke, koktajle z jarmużu i chcemy mieć zdanie na każdy temat. Jesteśmy zagubieni pomiędzy tym, co mamy a tym, czego chcemy. Analizujemy wszystkie wartości na nowo.

Głośno mówimy o uczuciach i boimy się miłości jak nigdy wcześniej.

Mickey i Gus-Gus też się boją. Dlatego wszyscy im kibicują.

Miłość w czasach popkultury

Gus pracuje na planie serialu o wiedźmach z przedmieścia. Na kolanie pisze własne scenariusze i marzy o wielkiej karierze reżysera. Po godzinach układa ze znajomymi utwory o filmach.

Piosenkę o Gran Torino? Proszę bardzo!

Mickey jeździ mercedesem, pracuje w radio i nosi stylówki, jakby była dziewczyną z tumblra.

Najlepsze jednak jest to, jak oni tańczą! Gus to mistrz parkietu! Istny król!

Fuck Fuck Fuck i Uber, czyli najczęściej rzucane hasła w serialu

  • Fuck
  • What The Fuck
  • Fuck You
  • Nice to meet you
  • Uber

Słowo Fuck pada tak często, jakby ten serial kręcił sam Quentin Tarantino.

Dlaczego więc Love?

Bo miło jest popatrzeć na ludzi, którzy walczą o miłość. Nie odchodzą gdy pojawia się pierwszy problem. Może i drą się i klną na potęgę, ale przynajmniej nie uciekają. Dodatkowo mają świetnych przyjaciół. Chodzą słuchy, że wszyscy kochają Bertie z Australii.

serial loveserial love

Serial Love

Love ponieważ przez wszystkie odcinki pojawiała się w mojej głowie jedna myśl:

Znam to! Znam to. Znam to. To ja, to ja to ja!

Dajcie znać, czy oglądaliście, albo czy będziecie oglądać. Serio, to nie jest taka ckliwa bajka o miłości. Żaden facet nie będzie wychodził 35 raz naprawić zlew podczas seansu.


Może widzieliście już Love i szukacie nowego serialu? Zajrzyjcie koniecznie do moich propozycji. O tutaj —>

Netflix – seriale które warto zobaczyć

Fot: Filmweb

Netflix – seriale które warto zobaczyć

Netflix – seriale które warto zobaczyć

Gdy aktywujesz konto na Netflixie, to tak jakbyś trochę pożegnał się z życiem towarzyskim. Od tej chwili wystarczy CI już tylko kołderka, popcorn i seriale. Super, jeśli ktoś będzie obok, ale jak będziesz sam, to też nic się nie stanie…Netflix  wszystko Ci wynagrodzi. 

 

Co takiego oferuje Netflix?

 

 Dom z papieru

Dom z papieru

Grupa przestępców pod przywództwem Profesora napada na hiszpańską mennicę. Są przekonani, że ich plan jest doskonały.

Czy można jednak bez końca manipulować policją? Czy przebywanie z zakładnikami przez tak długi czas jest bezpieczne? Co z syndromem Sztokholmskim?

Jednym z fajniejszych zabiegów reżysera było nazwanie bohaterów nazwami miast. Berlin idealnie odzwierciedla osobowość swojego bohatera. Serial czasem trąci absurdem, ale wszystko jest tak świetną historią, że trzeba obejrzeć to widowisko do ostatniego odcinka. Sceny z Nairobi to majstersztyk…a wszystko to schowane pod maskami Salvadora Dalego.

Nairobi “Alegría, fiesta e ilusión”

 

Stranger Things

Netflix Stranger Things

Są lata 80. Nie ma komputerów ani smartfonów. Gdy wyjdziesz z domu, rodzic nie ma jak Cię namierzyć. Gdy znikniesz, nikt nie odpali aplikacji lokalizującej swoje dziecko.

W małym miasteczku ginie chłopiec. Will. Swoje prywatne śledztwo prowadzą przyjaciele Willa, jego matka oraz Komendant Jim Hopper.

Bracia Duffer w Stranger Things oddali hołd latom osiemdziesiątym. Czerpią z filmów Spielberga czy Kinga. Jednak coś innego czyni ten serial wyjątkowym. To hołd oddany wszystkim nerdom tego świata. Każdy uczeń, który choć raz był zamknięty w szkolnej szafce – może poczuć się wyjątkowo.

Niewątpliwym atutem serialu jest pewna młoda dama. Zakochacie się w niej na amen i obejrzycie Strangersów w dwa dni. Mówiłam już, że Netflix i kołderka wystarczą?

 

American Crime Story

Ameryka to wytwórnia popkultury. Opowiadają historie morderców jak bajki o superbohaterach.

Proces stulecia O.J. Simpsona to m.in. najdłuższa reklama samochodu w historii. Policyjny pościg Forda Bronco oglądali wszyscy mieszkańcy Ameryki, choć była to bardziej eskorta, niż pościg. Proces sądowy, który trwał ponad rok. Ciekawostka: Prawnikiem O.J. Simpsona był ojciec Kim Kardashian.

Czy można zbudować obronę na oskarżeniach o rasizm i dzięki temu wygrać?

 

Manhunt; Unabomber

Netflix

Ted Kaczynski

Seryjny morderca

Idealista

Wróg technologi

Przyjaciel natury

Samotnik

Zabijał ludzi za pomocą ręcznie wytwarzanych bomb. Nieuchwytny przez lata. Schwytany za pomocą analizy własnych listów. Złapany przez Fitzgeralda. Człowieka, który uwierzył w słowa.

Paul Bettany jako Ted Kaczynski jest niezwykle przekonywujący. Scena, gdy tańczy na deszczu w lesie – uwielbiam.

Najgorsze jest jednak to, że teorie i poglądy Kaczynskiego nie są tak głupie, jakby się chciało. Choć skonstruowane w głowie seryjnego mordercy – mają sens.

Zwykły obywatel będzie kontrolował tylko własne urządzenia: samochód czy komputer. Natomiast nadzór wielkich systemów będzie należał do wąskiej elity, jak dziś, ale przy dwóch wielkich znamiennych różnicach: 1/ Dzięki lepszej technologii elity będą miały większą kontrolę nad masami; 2/ Praca ludzka nie będzie więcej konieczna i masy staną się pustym ciężarem dla systemu. Jeśli elity będą okrutne, to doprowadzą do eliminacji zbędnej ludności przez redukcję urodzin przy pomocy propagandy i środków biologicznych. Może się zdarzyć, że elita będzie miała miękkie serce liberałów. W takim przypadku zatroszczy się o potrzeby fizyczne mas i zdrowe hobby dla każdego, ale życie stanie się tak bezcelowe, że ludzkie istoty dopadną do poziomu udomowionych zwierząt.

Telefonistki

NETFLIX

Kochałaś za młodu Zbuntowanego Anioła? Lubisz historie pełne intryg? Telefonistki są dla Ciebie.

Cztery przepiękne kobiety.

Intrygi, ale nie tylko. Serial dzieje się w latach dwudziestych, kiedy kobiety nie miały zbyt wielu praw.

Mąż Cię bije? Jeśli to zgłosisz na policję bez posiadania świadka – pójdziesz do więzienia.

Jak w takim razie odnaleźć wolność? Te cztery kobiety może różnie rozumieją to pojęcie, ale z taką samą upartością o nią walczą

Dark

netflix

Co właściwie wiemy o czasie?

Czy to co na nas czeka, już przeżyliśmy? Czas to podróż? Czy nas los jest przesądzony z góry, czy jednak jesteśmy panami swojego losu?

W niemieckim miasteczku giną dzieci. Pewien mężczyzna popełnia samobójstwo. Co wspólnego ze sobą mają te wydarzenia? Co skrywa ciemna jaskinia? Co w tym wszystkim robi Jonas? Nie da się chyba tego serialu obejrzeć tylko raz.

Niemiecki „odpowiednik” Stranger Things. Choć im dalej, tym mniej Strangersów, a więcej Darka. Przede wszystkim wspaniała zagadka i przecudowna muzyka.

„Różnica między przeszłością, teraźniejszością i przyszłością jest tylko uparcie obecną iluzją” – Albert Einstein.

Peaky Blinders

Netflix

Koniec pierwszej wojny światowej. Tommy wraca do domu i robi wszystko, by się wzbogacić i obronić swoją rodzinę. Niekoniecznie w legalny sposób. Wszyscy go kochają i nienawidzą jednocześnie. Tommy traktuje życie jak grę w szachy. Jest zawsze trzy kroki do przodu.

Zaraz po Stranger Things to najlepszy serial na Netflixie. Bijatyki, wyścigi konne, alkohol, handel i piękne kobiety. Dobre męskie kino. Charakterystyka postaci wyśmienita i znów – muzyka doskonała. Ciotka Pola jest sztos babka!

4 sezony dobrego kina.

BroadChurch

netflix

To klasyczna historia. Detektywi próbują rozwikłać zagadkę morderstwa małego chłopca. Wszystko dzieje się oczywiście w miasteczku, w którym takie coś nigdy się nie zdarza. Jak zareagują mieszkańcy, gdy ich spokój i poczucie bezpieczeństwa zniknie?

Kto zabił?

Ojciec? Ksiądz? Właściciel małego sklepu, czy może najbliższy przyjaciel rodziny? Może to był ktoś z zewnątrz?

David Tennant jest dobry. Olivia Colman nieco wkurzająca, ale nadal zgrywa się z Davidem. Dobrze napisany kryminał z ciekawym zakończeniem. Kto tęskni za klasycznymi kryminałami? Ręka w górę!

 

Które seriali z powyższej listy oglądacie? Może macie coś równie dobrego do polecenia? Ja w kolejce mam Orange is the new Black,  Ania, nie Anna, The End Of The F***ing world i Anihilację (1 odcinek za mną). Netflix to wylęgarnia seriali i serio można umrzeć przez nich towarzysko…no ale jak przyjdzie deszcz, to będzie co robić.

Już niedługo druga część: Netflix i filmy!

Fotki i plakty zabrałam z pinteresta.

 

Dlaczego Czesi mają w dupie konwenanse i kręcą dobre filmy? Czeskie kino w romantycznym wydaniu

Dlaczego Czesi mają w dupie konwenanse i kręcą dobre filmy? Czeskie kino w romantycznym wydaniu

Czeskie kino otworzyło mi oczy na polską nieudolność. Niby jesteśmy dobrzy w patetyczne filmy historyczne, ale za grosz nie umiemy robić komedii romantycznych. Jesteśmy zapatrzeni w Amerykę i gdybyśmy mogli, odwzorowalibyśmy od nich niemal wszystko. Począwszy od programów rozrywkowych typu talent show, kończąc na komediach romantycznych. Cała popkultura z zachodu, dzień dobry globalizacjo.

Gdybyśmy mieli tylko fundusze na blokbastery typu Avengers, na pewno byśmy je skopiowali kropa w kropę. W zasadzie dobrze robimy, gdy nie możemy, Polska uciśniona to najlepsza Polska, jaka nam się trafia. Gdy niemożliwością jest stworzenie polskiego filmu Sci-Fi, Allegro tworzy wraz z Tomaszem Bagińskim fantastyczne krótkie metraże o polskich legendach. Smoki nie są z tektury, czary i mrok nie są z Ameryki, istne cudo. Czyli, że potrafimy. Nie wspominając już nawet o Sekmisji. Do dziś zastanawiam się jak to możliwe, że Juliusz Machulski w takich czasach nagrał tak niesamowity film, jeśli chodzi o scenerie i wykonanie. Może ktoś wie i wyjaśni mi to zjawisko?

Przyznam się, że do dziś nawet mi to nie przeszkadzało. Nikt nie wymaga od komedii romantycznych przecież jakiś wielkich fanfarów, ale to, co robią Czesi w filmie „Wszystko albo nic” to istna paranoja. Paranoja według przeciętnego Polaka. „Wszystko albo nic” to czeska produkcja, która zachwyciła mnie swoją niesztampowością. No bo kto by myślał, że w filmach w ogóle można palić papierosy. Przecież to nie po bożemu. Dajcie spokój, tak propagować palenie papierosów? No w filmie historycznym owszem, ale tak w komedii romantycznej? Nie ma mowy! Dopiszcie do tego całą gamę przekleństw, rozmowy o seksie i parę gejów. Na dodatek do jednego z nich główne bohaterki zwracają się per PEDZIO i totalnie nikt tam się nie obraża. Śmiechom i chichom nie ma końca. Heloł? Czy ktoś już wezwał komisję od etyki?

Żeby nie było tak łatwo, w filmie także nabijają się z „wegechuji” i to jest totalnie pokręcone. Ostatnio oglądałam polską komedię z Anną Dereszowską w roli głównej, która robiła ciasto z buraka, a na pocieszenie dała swojej porzuconej przyjaciółce sok z jarmużu i selera. Czy to nie jest trochę pretensjonalne? Ja wiem, że kino musi iść z duchem czasu, a już na pewno komedie romantyczne, ale bez przesady. Nie jesteśmy przecież idiotami. Na pocieszenie Bridget Jones jadła pudło lodów i siedziała rozczochrana w czerwonej antyseksownej piżamie, a nie piła koktajl z jarmużu. Dokąd to zmierza? Serio ktoś je jarmuż na pocieszenie?

Nie mam nic do jarmużu, ale powinniśmy pokazywać w filmach prawdę

Czesi kręcą filmy, jakby w ogóle nie zwracali uwagi na otaczającą ich rzeczywistość. Mają w dupie poprawność. Może to nie jest jakaś wysokich lotów produkcja, ale umówmy się, człowiek się na niej na zmianę ŚMIEJE i PŁACZE! Kumacie to? Kto z Was ostatni raz płakał na komedii romantycznej w wykonaniu Polaków (mówimy o kinie współczesnym)? Nie chcę być wredna, kocham polskie kino, nawet kiedyś pisałam o tym wpis na blogu, ale ostatnio jakby ta miłość lekko osłabła. Jest we mnie jakaś złość, że nie mamy w sobie takiej buńczuczności jak Czesi. Robimy kino poprawne, a to jest za mało.

Jest taki cykl reportaży na filmwebie, w którym ludzie kina wypowiadają się na temat swojego gustu. Kiedyś Sebastian Fabijański wypowiedział bardzo ładne zdanie, z którym się mocno utożsamiam. Stwierdził, że Polacy nie opowiadają ciekawych fabuł, które by były zwyczajnie wymyślone. Historię polską opowiadamy fantastycznie, ale wciąż nikt nie wymyśla ciekawych scenariuszy, tak jak robią to np. Anglicy. Jeśli coś robimy, to zaraz się okazuje, że w zasadzie jest to zapożyczone. No dobra, Smarzowski jest genialny, ale to jednak wciąż jest malutko.

Czesi udowadniają, że można pieprzyć wszystkie kanony i robić to, co się chce. Nie musi być sterylnie. Smarzowski to wie i Czesi to wiedzą. Czas chyba wyciągnąć kija? Czy nie? Jeżeli nie lubicie komedii romantycznych, to polecam jeszcze jeden film, który wyrywa z butów – Czeski sen. Jeśli się skusicie i obejrzycie to arcydzieło, to koniecznie dajcie znać, czy się ze mną zgadzacie. Bandiczki to są niezłe świry i coś czuję, że mogłabym się tam przeprowadzić. Gdybym była facetem, zapuściłabym wąsa i nosiła sweter z krecikiem. Życie byłoby od razu ciekawsze i nie wiałoby taką poprawną nudą. Film także szczerze polecam. Naprawdę śmiałam się i płakałam na zmianę, nie przeszkadzał mi nawet polski dubbing ani piosenki Ewy Farny, a to już naprawdę sukces! Chciałabym, żeby Polacy także kręcili właśnie takie komedie romantyczne.

Gdyby jednak Polacy nie chcieli nic zmienić, pozostaje mi czeskie kino, więc można spać spokojnie.

Dzikie plenery łagodzą rzeź. Recenzja Watahy – sezon 2

Dzikie plenery łagodzą rzeź. Recenzja Watahy – sezon 2

Doszły mnie słuchy, że niejedna pochlebna przedpremierowa recenzja Watahy to bujda na resorach i wszystko było kupione pod promocję serialu. Czekałam na kontynację pierwszego sezonu, który był przecież doskonały i modliłam się, by HBO zechciało wyprodukować drugi. Niby furtka w zakończeniu została i dawała nadzieję, jednak wiadomo nie od dziś, producenci lubią uśmiercać bohaterów, bezlitośnie urywając niedokończone wątki. Na szczęście HBO nie zrezygnowało z kontynuacji Watahy i 15 października mieliśmy premierę nowego sezonu. Z tej okazji producenci wypuścili w prezencie aż dwa odcinki. Jakoś nie chciało mi się wierzyć w tę teorię. Wcale, a wcale. Obejrzałam i postanowiłam wyrazić swoją opinię.

Zanim jednak zaczniemy, muszę wspomnieć o mojej słabości do odtwórcy głównej roli – Leszka Lichoty. Uwielbiam tego aktora i niestety to sprawi, że moja recenzja Watahy nie do końca będzie obiektywna.

Wspólny wróg zjednoczy bohaterów.

Przede wszystkim, udany przeskok w czasie. Producenci zabierają nas w to samo miejsce, jednak z różnicą 4 lat w przód. Przez dwa odcinki Watahy możemy dowiedzieć się, co działo się przez te wszystkie lata, choć najmroczniejsze tajemnice dopiero wyjdą na powierzchnię. Wszyscy bohaterowie znowu w jednym miejscu, jednak każdy odmieniony. Na przód wyłaniają się dwie mocne postaci, Wiktor Rebrow oraz Prokurator Iga Dobosz. To między nimi rozgrywa się główna akcja w drugim sezonie. Choć w pierwszym jedno zaganiało drugie do lasu, to w obliczu nowych wydarzeń, mogą stać się oni sprzymierzeńcami, jeśli tylko dostrzegą, że ich wróg, to wspólny wróg.

“Nie jest przypadkiem, że ten drugi sezon kręciliśmy zimą, ona doskonale odzwierciedla stan ducha bohaterów. Mieliśmy szczęście, że w tym roku w Bieszczadach zima zaczęła się od razu, jak zaczęliśmy zdjęcia. Ona czasami nas przerosła, czasami narzuciła rytm i tempo pracy, czasami musieliśmy uznać jej wyższość. Wszystko to sprawiło, że efekt na ekranie jest jeszcze bardziej interesujący. Zawsze krew wygląda lepiej na śniegu niż na błocie”

Leszek Lichota

Dwa premierowe odcinki Watahy to doskonały prolog nowego sezonu. HBO postanowiło tym razem zająć się tematem imigrantów i uchodźców. Może to budzić lekkie kontrowersje, a co za tym idzie, jest to świetna promocja dla serialu. Jednak uważam, że nie było to podyktowane chęcią wywołania sztucznej i gorączkowej dyskusji w społeczeństwie. Raczej jestem skłonna stwierdzić, że akurat ten temat osadzony w realiach pracy straży granicznej jest jak najbardziej słuszny i bezpretensjonalny. Nie wiem, w jakim dokładnie kierunku pójdą scenarzyści, ale jestem pewna, że doskonale pogodzą wątki z obu sezonów. Nie bez powodu Wiktor Rebrow buja się przez 4 lata po lesie w ukryciu, żeby teraz odszedł w zapomnienie.

Do wyjaśnienia jest także historia „Grzywy” i te dwa odcinki, już pokazały, że w tym wątku będzie się działo bardzo dużo. Na szczególną uwagę zasługują nieokiełznane Bieszczady. Scenarzyści zbudowali mroczny i ciężki klimat, a plenerowe przerywniki to dla tego mroku świetny kontrast. Dzięki temu widz nie odczuwa zmęczenia i z przyjemnością śledzi losy bohaterów. Ja się w tych zdjęciach zakochałam.

„To jest polski serial, a wygląda, jak z bardzo daleka i to jest wielki komplement. Petarda światowej jakości. Nie ma się do czego przyczepić. Rzecz zrobiona bezbłędnie, z szacunkiem dla widza, który ma ogromną skalę porównawczą i byle chłamu nie lubi”

Karolina Korwin-Piotrowska

Z całą pewnością Polacy zrobili ten serial bezkompleksowo i nie widzę tu ani jednego powodu, aby uznać, że przedpremierowe recenzje były kupione.Ten serial to dowód, na to, że jeśli tylko ktoś podsunie naszym aktorom dobry scenariusz, to nie ma mowy o porażce na ekranie. Nowy sezon Watahy broni się sam, wystarczy obejrzeć dwa odcinki, by to stwierdzić. Może po prostu, niektórzy muszą iść pod prąd, stąd te skrajne opinie. Jeśli jeszcze nie mieliście okazji, nadróbcie, czy to dwa odcinki, czy całość – warto!

źródło zdjęć: www.pomorska.plwww.film.interia.pl

La la land

La la land

Wiem, że wszyscy już La La Land pewnie widzieli, ale ja odkładałam go sobie na później, myśląc, że przecież to musi być doskonałe kino, wszak musicale kocham nad życie, ponieważ musicale zawsze są takie piękne i wzruszające, więc dlaczego mieliby zepsuć tak kasową produkcję? W dodatku zjawiskowa Emma Stone, która zachwycała mnie do tej pory w każdym filmie, szczególnie gdy do swojej produkcji angażował ją Woody Allen. Dlaczego więc Damien Chazelle stworzył takie przeciętne dzieło? Przecież jego Whiplash był doskonały! Może jednak ktoś jeszcze nie widział? Łapcie recenzję.

La La Land opowiada o początkującej aktorce, która biega od przesłuchania, do przesłuchania, z nadzieją, że dostanie w końcu życiową szansę, na rozwinięcie swojej kariery, oraz o jazzowym muzyku, który nie odnajduje się w nowoczesnym świecie, szczególnie że musi grać kiczowatą muzykę do kotleta. Ta artystyczna, niespełniona para marzycieli, trafia na siebie przypadkiem i od słowa do słowa okazuje się, że rozumieją się idealnie. Ich kariery nabierają tempa, wszystko układa się doskonale, pytanie jest tylko, czy cała ta bieganina za marzeniami, pozwoli im być razem? Co wybrać? Miłość czy pasję? Jak połączyć te dwa elementy?

Ryan Gosling może i jest przystojny, ale aktorsko to ja mu wcale nie wierzę, że on w tym jazzie jest zakochany. Pamiętacie duet Marka Ruffalo i Keiry Knightley w Begin Again? Jak oni byli zakochani w tej muzyce! Przepiękni byli! Ryan Gosling mógłby co najwyżej im podawać szklaneczki z whisky. Poważnie. Emma Stone jak na swoje możliwości, też jest tutaj bardzo przeciętna. W zasadzie najbardziej mi się podoba, gdy odgrywa rolę aktorki w pierwszym przesłuchaniu, pokazuje w tej scenie swój warsztat aktorski. Niestety później nie ma zbyt wielu momentów, by się wykazać, a szkoda, ponieważ udowodniła już, że potrafi tworzyć świetne postaci. Nie ma między nimi chemii i trudno dostrzec w nich jakieś uczucia, chociaż iskierkę namiętności.

Z przykrością stwierdzam, nie ma nic szczególne w ich spojrzeniu. To zapewne kolejny raz wina obsady. Może gdyby z Ryanem Goslingiem w duecie zagrała Rachel McAdams, byłoby lepiej? W pamiętniku wypadli razem wiarygodnie albo gdyby ktoś zastąpił drewnianego Goslinga? Niestety tego się już nie dowiemy.

Jeśli chodzi zaś o scenariusz, wszystko brzmi dobrze. Miłość to idealny temat na musical. Więc La La Land powinien się udać, bez żadnych turbulencji. Jednak coś poszło nie tak. Sam początek mnie już do siebie zraził. Ja wiem, że w musicalach zawsze wszyscy spontanicznie zaczynają tańczyć i śpiewać, ale jakoś mi cała ta koncepcja ludzi stojących w korku nie pasuje. No bo jak to, widzieliście kiedyś wesołych ludzi stojących w korku? W dodatku skaczących po cudzych autach w napadzie radości? A tak poważnie, to zwyczajnie mi się to nie podobało. Nie mam na to żadnego sensownego wytłumaczenia. Potem wcale nie jest lepiej. Tło mnie nie przekonuje, całe to Los Angeles akurat w przypadku tego scenariusza nie jest idealnym miejscem. Scenariusz pasuje mi bardziej do Chicago, niż do nowoczesnego Los Angeles i imprez przy basenach, gdzie dziewczyny ubierają na siebie kiczowate, pstrokate kiecki. Takie jak prezentują w drugiej tanecznej scenie, współlokatorki głównej bohaterki.

Niby gdzie jest ten hołd w stronę Hollywoodu, o którym wszyscy piszą w swoich recenzjach? Znów pozwolę sobie nawiązać do twórczości Woody’ego Allena. Stworzył on niedawno dzieło, które nawiązuje do złotej ery Hollywood i on ukazał ten świat doskonale. Mowa o Café Society, ten film jest hołdem i udaną próbą ukazania starych czasów śmietanki towarzyskiej Los Angeles. W La La Land kompletnie tego nie czuję. Zdaję sobie sprawę, że są to dwie inne epoki, ale chodzi o uchwycenie tego unikatowego klimatu, malutkich elemencików.

Nie ma w tym filmie, żadnej sceny tanecznej, która by mnie zachwyciła, poza jedną. Na końcu, gdy Mia i Sebastian tańczą w otoczeniu kolorowo ubranych ludzi, a to trwa jakąś minutę (sic!). Szkoda, bo to jest taka scena, w bardzo klasycznym musicalowym stylu. Gdyby film był w takim klimacie, na pewno bym się w nim zakochała, a tak niestety los bohaterów jest mi całkowicie obojętny, nie zachwycają mnie ani stroje, ani miejsca, w których znajdują się bohaterowie. Jedynie muzyka jest świetnie dobrana i jest to z całą pewnością element, który udał się reżyserowi doskonale. Jednak nadal nie aż tak, abym tę ścieżkę katowała bez opamiętania. Miałam ogromne oczekiwania, myślałam, że La La Land powali mnie na kolana, jednak nic takiego się nie stało. Bardzo żałuję, dawno już żaden film, aż tak mi się nie podobał. Jak było z Wami? Napiszcie koniecznie, może pojawią się jakieś fakty, których nie dostrzegłam?

Polecam:

źródło zdjęć: www.filmweb.pl

Mount Everest. Konflikt bohaterów.

Mount Everest. Konflikt bohaterów.

Everest – film – Od tego wszystko się zaczęło

Pamiętam, jak po seansie zalewałam się łzami. Na szczęście, pod okularami nikt nie widział mojego emocjonalnego rozchwiania. Nigdy wcześniej ani później, żaden film nie wywołał we mnie takich emocji. Pamiętam, że gdy wyszłam z kina, odechciało mi się żyć i ta chandra trwała jeszcze przez kilka następnych miesięcy. Historia z filmu nie dawała mi spokoju. Ekspedycja z 1996 roku wierciła mi mocno dziurę w głowie. Lubię poznawać i analizować ciekawe historie. Zaczęłam wertować wszystkie dokumenty, analizy naukowców, filmy, opinie i wsiąkłam.

Everest opowiada historię ludzi, którzy pod przewodnictwem doświadczonego himalaisty Roba Halla wyruszają w podróż, by zdobyć największą górę świata Mount Everest. Od momentu, gdy Edmund Hillary zdobył szczyt Everestu, jako pierwszy człowiek na świecie, minęło trochę czasu. Komercyjne ekspedycje amatorów nikogo już nie dziwią. Góra nadal jest dzika i nieobliczalna, jednak dostęp do niej jest powszechny. Wystarczy posiadać grubą kasę w portfelu. Reżyser Baltasar Kormákur postawił na powolną narrację tej historii. Pozwala nam poprzez ten zabieg na zapoznanie się z poszczególnymi bohaterami. Możemy sobie wyrobić opinię na ich temat, polubić ich lub nie. Dostajemy także garść istotnych informacji o tym, jakie zasady panują podczas wspinaczki wysokogórskiej. Garść nie brzmi zbyt profesjonalnie, ale dla zwykłego laika, który pojęcie o górach ma znikome, w zupełności wystarczy. Poznajemy powody, dla których Ci konkretni ludzie postanowili porzucić swoje bezpieczne życie i wyruszyli w podróż, gdzie nikt nie może zagwarantować im ani zwycięstwa, ani przeżycia.

Gdy ze spokojem przyglądamy się bohaterom na ekranie, wszystko wydaje się mieć idealny przebieg. Są doskonale przygotowani, większość z nich ma na koncie zdobyte szczyty. Od strony organizatorskiej też nic nie zwiastuje, że będzie to jedna z najtragiczniejszych w historii wypraw na Mount Everest. Jednak wraz z nadejściem dnia ataku szczytowego zaczyna być naprawdę przerażająco. Reżyser karmi nas pięknymi krajobrazami, dostraja to wszystko doskonałą muzyką, by za dosłownie moment doszczętnie rozwalić widza na łopatki. Zaczyna być coraz zimniej i nagle czuje się taką niemoc, którą trudno opisać i zrozumieć. Jeżeli sobie uświadomimy, że ta opowieść wydarzyła się naprawdę, to odczucie jeszcze mocniej się pogłębia. Baltasar Kormákur opowiedział to doskonale.

Aktorsko też jest naprawdę dobrze. Jason Clarke jako Rob Hall wypadł świetnie. Widzowie są zgodni, że nikt lepiej nie zagrałby tej postaci. Jest zjawiskowy, od początku do końca i nadaje realności tej tragicznej narracji. Aż trudno momentami uwierzyć, że to tylko gra aktorska. Dodatkowo Jake Gyllenhaal. Choć jego postać występuje na ekranie w mniejszej częstotliwości, to ze swoim nieodpartym urokiem osobistym kradnie całą uwagę, gdy tylko się pojawia. Pytanie, czy jest taki film, w którym tego nie robi? To bardzo utalentowany aktor. Świetnie wpisał się w postać Scotta Fischera. Szefa konkurencyjnej ekspedycji. Totalnie zdobył moją sympatię i było mi ciężko na sercu, gdy oglądałam jego zmagania w drodze na szczyt.

Było mi mało. To niezwykle przejmująca historia. 15 wspinaczy ginie podczas próby zdobycia Everestu. Niektórzy osiągają swój cel, niektórzy giną jeszcze w drodze. Jak przy każdej takiej katastrofie, nasuwa się pytanie, kto zawinił? Czy można było temu zapobiec? Amerykański pisarz i dziennikarz, a przede wszystkim uczestnik tej ekspedycji Jon Krakauer próbuje odpowiedzieć na to pytanie w swojej książce „Wszystko za Everest”. Skubany ma talent. Opisuje tę historię z własnej perspektywy, nie kryjąc przy tym krytyki dla całego przedsięwzięcia. Gdy film wydawał mi się niesamowicie emocjonalny i ciężki, tak ta książka przerasta te wrażenia dwa razy mocniej. Cały czas odkłada się ją na bok, mówiąc sobie w głowie, że już więcej nie chce się wiedzieć. Jednak ciekawość jest tak silna, że ciągle się do niej wraca.

Jon Krakauer swą opowieścią bardzo absorbuje, sprawia, że trudno nam się skupić na czymkolwiek innym. Gdy opisuje punkt kulminacyjny tej wyprawy, głowa eksploduje. Książka jest bardzo szczegółowa, malownicza i emocjonalna. Ukazuje także prawdę o filmowej wersji. Kilka faktów się nie zgadza. Cóż, w tym wypadku wygrało widowisko. Jednak szczególnie powinna Was zainteresować historia Becka Weathersa. Jego historia w filmie opisana jest mocno niespójnie, a w rzeczywistości ten człowiek przeżył niezły kocioł. Bardzo teraz rwę sobie włosy z głowy, że nie mogę Wam opowiedzieć wszystkich szczegółów i różnic, ale liczę, że część z Was zainteresuje się tematem i sięgnie po film, a potem po książkę, a potem po kolejną książkę.

Jon Krakauer to naprawdę świetny pisarz i byłoby idealnie, gdyby tylko nie użył swojej książki jako ataku na jednego z przewodników konkurencyjnej ekspedycji, którą kierował Scott Fisher. Mowa o rosyjskim himalaiście Anatolijim Bukriejewie. Wniosek sam może się nasuwać, skąd atak akurat na tego osobnika. Nie ulegajmy jednak sile sugestii, analizujmy same fakty. Anatoli Bukriejew to doświadczony wspinacz, niezwykle zdolny i oddany górom. Oddany także Scottowi Fisherowi. Oboje wyznawali podobną filozofię względem gór, jeśli nie jesteś zdolny się wspinać, nie rób tego, nikt tego za Ciebie nie zrobi. To góra ma zawsze ostatnie słowo, ona decyduje. Bukriejew, pomimo iż z wykształcenia był fizykiem, to góry były jego pracą, którą traktował z należytym szacunkiem.

Szczerze mówiąc, nie odczuwam w górach strachu. Wręcz przeciwnie… czuję, że moje ramiona się prostują, wyciągają, jak u ptaka, który rozpościera skrzydła. Czerpię przyjemność z danej mi wolności i wysokości. Dopiero wtedy, gdy wracam do życia w dole, zaczyna mi doskwierać ciężar świata.

Anatolij Bukriejew

(z książki Wspinaczka)

Zasadniczo wspinanie się bez tlenu budzi wielkie kontrowersje w środowisku himalaistów oraz lekarzy. Jedni uważają, że to głupota wspinać się bez aparatury tlenowej, drudzy zaś uważają, że jest to możliwe i chętne korzystają z tej opcji. Jednak decydują się na to jedynie doświadczeni himalaiści. Anatoli Bukriejew zdobywał szczyty bez tlenu od początku swojej kariery. Rob Hall mówił do swoich podopiecznych, że przebywanie na takich wysokościach, na których się znajdą, zdobywając szczyt, to powolne umieranie. Tzw. strefa śmierci. Sęk w tym, by w odpowiednim czasie dotrzeć na szczyt, ale także, co jeszcze ważniejsze w odpowiednim momencie wrócić do obozu. Aklimatyzacja i czas jest kluczowy. Aparatura tlenowa wspomaga wspinaczy podczas ataku. Pozwala im na swobodniejsze oddychanie, co przekłada się na mniejsze ryzyko zachorowania na chorobę wysokogórską.

Obaj autorzy książek są zgodni co do tego, iż organizacyjnie ta ekspedycja kulała, wiele istotnych faktów nie zostało dopilnowanych. Normy nie zostały spełnione, czas także został przekroczony. Jednak Krakauer głównie zarzuca Anatoliemu, że ten będąc przewodnikiem, powinien wspomagać się tlenem. Anatoli Bukriejew odpowiedział Krakauerowi na te zarzuty w swojej książce pt. Wspinaczka. Uważał on, iż zna doskonale swój organizm i wie, jak zachowuje się on na tak dużych wysokościach. Podpierając się opiniami specjalistów, uznał, iż używanie tlenu przez kogoś, kto nigdy tego nie robi, jest ogromnym ryzykiem. W sytuacji, gdyby tlen w butli się skończył. Jego organizm mógłby bardzo źle zareagować. Uważał, że dużo lepiej poradzi sobie w razie jakiegoś zagrożenia, bez dodatkowego wspomagania.

Anatoli Bukriejew został oskarżony o nieodpowiedzialność. Jednak po jego stronie przemawia fakt, że jako jedyny, próbował ratować uwięzionych w burzy śnieżnej członków ekspedycji. Pomimo tragicznej pogody, wyruszał z obozu wielokrotnie, w poszukiwaniu zaginionych osób, ryzykując przy tym własnym życiem. Anatoli Bukriejew nie robił nigdy z siebie wielkiego bohatera, nie szukał poklasku. Ta wyprawa nie była dla niego drzwiami do wielkiej kariery. Nie chełpił się swoim wyczynem. Uważał to za oczywistość i obowiązek. Z ekspedycji, na której był zatrudniony, nie licząc także innych przewodników, nie udało mu się uratować tylko jednej osoby. Reszta klientów zawdzięcza mu życie.

Jego książka to odpowiedź na zarzuty Krakauera. To nie jest przepiękna, malownicza opowieść. To twarde, napisane prostym językiem sprawozdanie zawodowego wspinacza. Choć książka jest przepełniona bólem, to jednak autor skupił się głównie na faktach, które pomogą zrozumieć nam co, stało się tam na górze. Krakauer niby rozlicza się ze swoich grzechów w książce, jak twierdzi, z wielu zachowań nie jest dumny. Jednak niezrozumiałym faktem dla mnie jest, dlaczego Jon Krakauer zadał sobie tyle trudu, by oskarżać kazachstańskiego wspinacza o brak odpowiedzialności, gdy ten tak naprawdę był bohaterem. Jego stronniczość i jakaś niezrozumiała wrogość budzi we mnie wątpliwość. Książka, która została napisana w przepiękny sposób, traci na autentyczności. Pomimo pewnie wielu słusznych zarzutów, które Krakauer kieruje do organizatorów, jego opinia na temat Bukriejewa wydaje mi się być niesłuszna. Szczęśliwym faktem jednak jest, że pomimo sławy pisarza Johna Krakauera, Anatoli w środowisku himalaistów jest niezaprzeczalnym bohaterem, a jego opinia w żaden sposób wśród nich nie została zachwiana.

Strasznie trudnym zdaniem okazało się, opisywanie tej historii, bez możliwości użycia wielu niesamowitych faktów. Jednak na uwadze mam osoby, które z pewnością będą zainteresowane pogłębieniem wiedzy na temat ekspedycji z 1996 roku. Nie jestem też żadnym ekspertem i to trzeba sobie powiedzieć otwarcie. Przed obejrzeniem filmu pojęcie o Evereście miałam żadne, a moja opinia jest w pełni subiektywna. Nie opiszę tutaj szczegółów ekspedycji, nawet gdybym chciała. Jednak ta historia obudziła we mnie niesamowitą ciekawość i miłość do literatury wspinaczkowej. Polecam się z nią zapoznać, potrafi trzymać w napięciu niczym najlepszy kryminał. Jeśli dotarliście aż tutaj, to gratuluję! Mam nadzieję, że poczuliście się zainteresowani!

Polecam:

źródło zdjęć: www.filmweb.pl, zieloniwpodrozy.pl, outsideonline.com

Instagram

No images found!
Try some other hashtag or username

Facebook